Monikę znam już od ładnych kilku lat. Poznałyśmy się na jodze, ale z czasem zainteresowałam Monikę Latającą Szkołą dla Kobiet, aż w końcu sama otworzyła Manufakturę Moniki. Z czasem do jej działalności doszło pisanie piosenek, śpiewanie w łemkowskim zespole, a kilka miesięcy temu zaskoczyła wszystkich newsem o napisanej przez siebie powieści dla młodzieży. W dodatku zdecydowała, że wyda ją sama, zbierając pieniądze na portalu Mintu.me. Postanowiłam spotkać się z Moniką i zapytać ją, jak wypromować książkę.

Dzień przed naszym spotkaniem było już wiadomo, że kampania osiągnęła niezbędne minimum – 10 000 zł – i że książka zostanie wydana.

Stosunkowo łatwo jest wydać samemu poradnik biznesowy czy inny, z gatunku „jak żyć”. Ale zbudować społeczność wokół obyczajowej powieści dla młodzieży? Jak wypromować taką książkę? Bardzo chciałam się tego dowiedzieć!

Poza tym, w styczniu Monika uczestniczyła w moich warsztatach „Jak pisać skuteczne maile do dziennikarzy”, chcąc dowiedzieć się, jak może zainteresować media swoją książką. Byłam ciekawa, czy wiedza z warsztatów przydała jej się w kampanii.

Zrób sobie dobrą herbatę i zapraszam Cię na długą rozmowę z Moniką Małgorzatą Lis!

Zdjęcie doskonale ilustruje atmosferę naszej rozmowy!

Kampanii crowdfundingowych jest wiele, podobnie jak autorów książek. Złośliwi mówią, że piszących jest teraz więcej niż czytających. Dlaczego Twoja kampania, mająca na celu zebranie środków na wydanie książki, miała się udać?

Już w trakcie moich wcześniejszych działań (szycie, pisanie piosenek, śpiewanie) udało mi się zgromadzić wokół siebie grupę ludzi, którzy lubią to, co robię i entuzjastycznie reagują na moje artystyczne działania. To nie była duża społeczność, tak jak u Michała Szafrańskiego, ale wiedziałam, że mam wokół siebie grono ludzi, którzy będą mnie wspierać.

Poza tym, akcja książki dzieje się w Bieszczadach. Bohaterowie chodzą po prawdziwych szlakach i nocują w prawdziwych schroniskach. Wiedziałam więc, że w interesie tych schronisk będzie wspomaganie mnie w promocji. Nie pisałam tej książki, żeby zrobić im reklamę, ale opisałam po prostu miejsca, które sama lubię. Szybko okazało się, że w ten już buduję społeczność wokół książki.

Z drugiej strony, kolega, który koordynował moją akcję (Łukasz z portalu Mintu.me) naciskał, żebym rozpisała dokładny plan promocji na 30 dni. W żartach zaszantażował mnie nawet, że dopóki tego nie zrobię, nie puści mojej akcji na portalu. Oczywiście, buntowałam się, bo miałam już wystarczająco dużo pracy, ale teraz wiem, że bez dokładnego planu promocji nic by się nie udało.

To jaki miałaś pomysł na wyróżnienie tej kampanii? Jak wypromować książkę dla młodzieży?

Postawiłam na Bieszczady. To było najbardziej naturalne, bo akcja książki dzieje się właśnie tam. Wiem też, że jest to bardzo lubiany region Polski. Ludzie ciepło o nim myślą i dobrze im się kojarzy. W efekcie, udało się przyciągnąć nawet tych ludzi, którzy nigdy w Bieszczadach nie byli, a akcja zachęciła ich do tego, żeby tam pojechać.

Wiąże się z tym także promocja regionu Podkarpacia. Tutaj bardzo sprawdziła się współpraca z mediami lokalnymi, w których interesie jest promowanie własnego regionu i mówienie o ważnych wydarzeniach z nim związanych. Kiedy więc zwróciłam się do Radia Rzeszów, dostałam od razu bardzo pozytywny odzew.

Czy dla Radia Rzeszów nie było problemem to, że byłaś zupełnie nieznaną autorką?

Dużym ułatwieniem było dla mnie to, że kilka lat wcześniej odbyłam tam miesięczną praktykę. Redakcja znała mnie i wiedziała, że robię rzeczy wartościowe. Nie mniej, miałam też przygotowany pakiet poleceń, m.in. od mojej redaktorki Marii Kuli oraz od prof. Grzegorza Leszczyńskiego z UW, który kieruje pracownią Badań Literatury dla Dzieci i Młodzieży. Przejrzał powieść i uznał, że jest świetna. Miałam więc za sobą autorytet osoby związanej z literaturą.

O media dopytam za chwilę, a póki co zastanawiam się, kto był grupą docelową Twojej kampanii crowdfundingowej?

To ciekawe, bo moja główna grupa odbiorców kampanii nie pokrywa się z grupą czytelników książki. Najszersze grono odbiorców książki to młode dziewczyny, w wieku 15 do 23 lat, ale uznałam, że w crowdfundingu mogę zwrócić się szerszej grupy.

Zadałam sobie pytanie, komu bliska jest idea wędrowania po górach. I uderzyłam przede wszystkim do ludzi, którzy sami chodzą po górach, są przewodnikami albo po prostu kochają góry.

Jedną z grup odbiorców były też osoby, które same chcą wydać własną książkę, bo wiedziałam, że to będzie dla nich wartościowy „case” do obserwowania. Chciałam też dotrzeć do osób, którym bliskie są tradycyjne wartości, ale z perspektywy czasu widzę, że wątek bieszczadzki był najskuteczniejszy.

W swojej kampanii mówiłaś o tym, że Twoja książka jest interaktywna. Co to znaczy?

Układając budżet zorientowałam się, że nie będzie mnie stać na druk książki z kolorowymi zdjęciami. Na szczęście znajomy zasugerował mi użycie kodów QR. Będą one odnosić czytelnika nie tylko do zdjęć autorstwa Kasi Warańskiej, ale też do piosenek, które śpiewa Melania, czyli główna bohaterka książki.

Strzałem w dziesiątkę okazała się też mapa Bieszczad, która będzie dołączona do książki. Będzie to prawdziwa mapa, narysowana przez Karolinę, która jest kartografką, z zaznaczoną trasą przejścia bohaterów.

Jakie narzędzia do promocji wybrałaś?

Po pierwsze Facebook, gdzie już na kilka miesięcy przed wystartowaniem kampanii crowdfundingowej budowałam społeczność.

Powstał więc blog i specjalny fanpage „Koniec świata”, ale postawiłam też na aktywność w różnych grupach tematycznych. Najpierw starałam się je poznać, a dopiero potem zwracałam się z prośbą o wsparcie. To był proces, a nie działania ad hoc. Musiałam zrobić research, następnie dać się poznać, pisać posty i komentować wpisy innych. Działałam tak zarówno w grupach bieszczadzkich, jak i w grupach self-publisherów.

Później do moich działań dołożyłam facebookowe transmisje live, które robiłam zarówno z prywatnego profilu, jak i z profilu powieści. Proponowałam też specjalne, gościnne live’y dla różnych społeczności, np. na temat self-publishingu czy crowdfundingu dla kobiet zainteresowanych własnym biznesem. 

Dbałam o to, żeby pojawiać się we wpisach gościnnych na różnych zaprzyjaźnionych blogach, np. na blogu Kobieca Siła, gdzie pisałam o tym, czym różni się strach od lęku, a a zatem niekoniecznie były wpisy związane bezpośrednio z książką. Różnicowałam mój przekaz, w zależności od tego, do kogo go kierowałam.

Dotarłam też do autorki bloga Ania Maluje, której czytelniczki pokrywają się z grupą moich czytelniczek. To było niesamowite, że Ania, która codziennie dostaje kilkadziesiąt propozycji recenzenckich, nie tylko zgodziła się przeprowadzić ze mną wywiad, ale też napisała kilka słów na tylną okładkę książki. Po tym wywiadzie zgłosiły się jeszcze inne dziewczyny, które chciały opublikować coś na ten temat u siebie. I tak zaczęło się to toczyć: pojawiłam się w jednym miejscu, a w ślad za tym pojawiały się nowe propozycje.

Dbałam o to, żeby cały czas opowiadać historię, która doprowadziła mnie do napisania książki: o tym, jak wyjechałam w Bieszczady, rzuciłam doktorat i zdecydowałam się na pisanie powieści. Historia zwyczajnej dziewczyny, która nie mając literackiego doświadczenia napisała powieść, a następnie w 3 tygodnie zebrała ponad 10 tys. na jej wydanie działa motywująco na innych. Lubię, jak pod wpływem tej historii ludziom rosną skrzydła do robienia fajnych rzeczy.

Wszystko to było bardzo szczere i zostało dobrze przyjęte. Nie kreowałam się na kogoś, kim nie jestem. Pokazywałam się od prawdziwej strony i np. nagrywałam live’y również wtedy, gdy byłam już bardzo zmęczona. Otwarcie mówiłam o trudnych chwilach.

Bardzo chciałam też pojawić się w tradycyjnych mediach. Zależało mi zwłaszcza na radiu – może dlatego, że lubię gadać.

Monika w Radiu Rzeszów, zdjęcie ze strony Radia.

Czemu tak bardzo zależało Ci właśnie na mediach tradycyjnych? Cały crowdfunding odbywa się przecież w internecie. Najłatwiej byłoby postawić tylko na marketing internetowy, gdzie wystarczy jedno kliknięcie, aby ktoś znalazł się na Twojej stronie z kampanią i zrobił przelew.

Potraktowałam crowdfunding szerzej. Zależało mi nie tylko na promocji samej akcji, ale też na promocji książki. Nie wiem, jak wywiad w radiu wpłynął na wynik crowdfundingu, ale wiem, że spowodowało to, że wieści o książce zaczynają się rozprzestrzeniać.

Zależało mi zwłaszcza na Radiu Rzeszów ze względu na to, że słuchacze radia to potencjalni czytelnicy mojej książki, którzy niekoniecznie siedzą na codzień w internecie. Chodziło mi o to, żeby wyjść z przekazem poza grono, które już mnie zna, poza krewnych i znajomych królika.

Radio i tradycyjne media dają taką możliwość, bo docierają do tych grup, do których sama nie jestem w stanie dotrzeć.

Cieszę się więc, że poza Radiem Rzeszów dotarłam też do krakowskiej redakcji radia Złote Przeboje.

Jak to się stało?

Po tym, jak uzyskałam pozytywną opinię prof. Grzegorza Leszczyńskiego o mojej książce, dowiedziałam się o spotkaniu z nim w jednej z krakowskiej kawiarni. Wybrałam się na to spotkanie, głównie po to, żeby poznać się z nim osobiście.

Rozmowę z profesorem prowadził dziennikarz Łukasz Wojtusik. Nie znałam go wcześniej, ale w trakcie spotkania wygooglałam, że zajmuje się książkami. Po spotkaniu podeszłam więc do niego i powiedziałam wprost: „Dzień dobry, jestem Monika i prof. Leszczyński powiedział, że napisałam świetną powieść. Czy jak książka się ukaże, to będzie szansa na jakąś rozmowę?” Łukasz Wojtusik dał mi swój numer telefonu i kiedy odpalałam crowdfunding, zadzwoniłam do niego i od razu umówiliśmy się na rozmowę. Gadaliśmy chyba przez 45 minut. Od razu zapytałam też, czy mogę odezwać się ponownie, kiedy książka będzie gotowa i wiem teraz, że mam szansę pojawić się tam ponownie.

Jak myślisz, co tak bardzo zaintrygowało Łukasza Wojtusika, że zdecydował się zaprosić Cię na wywiad? Czy stała za tym recenzja profesora, a może opowiedziałaś mu jakąś ciekawą historię? Dziennikarze dostają po kilkadziesiąt propozycji dziennie, ci którzy są recenzentami dostają też tony książek od wydawnictw. Dlaczego zaprosił na wywiad akurat Ciebie?

Myślę, że na pewno rekomendacja profesora był ważna. Ale drugą ważną rzeczą był fakt, że na rynku książek jest posucha, jeśli chodzi o książki dla młodzieży – to jest coś, czego dowiedziałam się już od niego samego. Myślę, że to było atutem. A na końcu okazało się, że mnóstwo jego znajomych dziennikarzy pochodzi z Sanoka, więc to też jest mój atut w ewentualnych rozmowach. Ale to już pół żartem, pół serio.

Widzisz, u Ciebie to wyszło przypadkiem, ale ja właśnie zawsze powtarzam, że warto zrobić dobry research i trochę prześwietlić dziennikarza, do którego chcemy się zwrócić. Nawet taka informacja jak to, skąd pochodzi, sugeruje, który region jest bliski jego sercu. W ten sposób szukamy płaszczyzny do porozumienia.     

Tak, faktycznie. No i było też tak, jak mówiłaś nam na swoich warsztatach: za każdym razem, kiedy rozmawiałam z jakąś redakcją, padało pytanie: co konkretnie możesz nam zaproponować, co konkretnie masz na myśli, o co ci chodzi? I to zarówno podczas rozmowy z Łukaszem Wojtusikiem, jak i z innymi redakcjami czy partnerami akcji.

To co im proponowałaś?

Konkretne wątki i tematy, o których mogłam opowiedzieć. Np.: co to jest książka interaktywna, historia odkrywania własnych korzeni, jak działa self-publishing, jaka jest historia książki, jak napisać powieść. Najczęściej proponowałam kilka pomysłów na to, jak podejść do rozmowy. Tak żeby dziennikarz miał wybór.

Moją historia zainteresowało się też łemkowskie radio Lem.FM, ze względu na to, że w powieści pojawiają się historie o Rusinach i łemkowska muzyka. Udało mi się trafić do portalu Góry i Ludzie – opublikowali aż trzy fragmenty mojej powieści ze zdjęciami i do napędziło naprawdę spory ruch.

Do wielu portali bieszczadzkich czy sanockich wystarczyło zadzwonić i powiedzieć: Dzień dobry, napisałam książkę o Bieszczadach i od razu byli zainteresowanie informacją. Media lokalne są żywo zainteresowane tym, co dzieje się wokół nich, więc informacja o tym, że Sanoczanka napisała książkę była dla nich ciekawym newsem.

Na patronat zgodził się też zasugerowany przez Ciebie Girl’s Room, mimo że nikt mnie tam nie rekomendował, nikogo tam nie znałam. Wysłałam konkretnego maila – tak jak uczyłaś nas na warsztatach – do działu promocji, a ponieważ nie dostałam odpowiedzi, po trzech dniach zadzwoniłam. Okazało się, że pani o mnie pamięta, tylko czeka jeszcze na rozmowę z naczelną. Jeszcze tego samego dnia dostałam maila z pozytywną odpowiedzią.

Często myślimy, że zdobycie takich publikacji jest strasznie trudne, a jak ma się konkretną propozycję dopasowaną do danej redakcji, to idzie bardzo łatwo. Oczywiście, na wiele maili nie dostałam odpowiedzi, ale wiem, że to jest wpisane w ten proces.

Twoja współpraca z mediami to nie tylko wywiady. Pisałaś kiedyś, że fragmenty Twojej powieści mają być czytane na antenie Radia Rzeszów. 

To na razie plan na przyszłość i trzymajcie kciuki, aby „Koniec świata” stała się powieścią wakacyjną w Radiu Rzeszów. To będzie już element promocji samej książki, a nie crowdfundingu. W ogóle strategię PR traktuję długofalowo i do niektórych mediów będę zwracała się dopiero po ukazaniu się książki.

Czy przygotowywałaś jakieś materiały prasowe związane z Twoją książką?

Miałam przygotowany zestaw informacji: zdjęcie książki, zdjęcie okładki, moje zdjęcie oraz dłuższą informację o książce, na temat akcji i miejsca wydarzeń. Podkreśliłam też jej wyróżniki, takie jak: mapa Bieszczad dodana do książki, wartości tradycyjne, młodzież, wędrowanie po górach. Napisałam też, jaki zespół stoi za książką, bo są to naprawdę profesjonaliści. Dodałam też opinię profesora i fragmenty powieści.

Czy coś cię zaskoczyło w kontaktach z mediami?

Dzięki praktykom w radiu wiedziałam już trochę, jak to działa. Ale ciekawe było to, że każdy dziennikarz zadawał inne pytania, w zależności od swoich zainteresowań. Dzięki czemu ja sama zobaczyłam moją historię z różnych punktów widzenia.

Powiedz jeszcze trochę o innych działaniach. Wiem, że wokół książki skupiłaś też grupę Agentek – kim one były i jak była ich rola?

Ponieważ moja książka adresowana jest do młodych dziewczyn, wiedziałam, że muszę te młode dziewczyny wokół siebie mieć. Musiałam wiedzieć, jaka okładka im się spodoba, które gadżety promocyjne wybrać, jak się komunikują, jakich słów używają, gdzie i jak spędzają czas, z jakich mediów społecznościowych korzystają, co jest dla nich ważne.

Chciałam więc zgromadzić takie osoby i wykorzystałam do tego Facebooka. Ogłosiłam, że szukam  takich dziewczyn i w ten sposób powstał Gang Agentek Końca Świata.

Trochę zabrakło mi energii do tego, żeby mocniej wykorzystać Gang w crowdfundingu, ale pamiętajmy, że promocja samej książki, którą będę kierować właśnie do młodych czytelniczek, jest dopiero przede mną.

Czyli Agentki to nie były jakieś znane blogerki i influencerki?

Nie, to były normalne dziewczyny. Takie, dla których napisałam moją książkę.

Kto jeszcze wspierał Cię w akcji?

Dzięki temu, że wszędzie i ciągle gadałam o mojej książce, udało mi się zgromadzić wspaniały, zespół, który razem ze mną tę książkę tworzy. Są to: redaktorka Maria Kula, korektorka Anka Misztal, graficzka Lidka Szwabowska, fotografka Kasia Warańska, kartografka Karolina Kiwior, która jest też ratowniczką GOPR-u i konsultowała np. sceny burzy śnieżnej, której ja sama nie przeżyłam. Jest też Kinga Kasperek, która pisze doktorat na temat self-publishingu i która doradza mi w różnych kwestiach, związanych chociażby z ceną książki. Skład książki robiła Ania Krzyżanowska, która pracowała wcześniej m.in. dla Gazety Wyborczej, ale bardzo chciała zrobić skład powieści i to się udało. Korektę merytoryczną książki robił też mój tato, który jest przewodnikiem górskim.

Skąd miałaś budżet na taki zespół?

Część osób pomaga pro bono, ponieważ chce pomóc. Ale już np. na redakcję powieści zainwestowałam własne środki, które otrzymałam jako nagrodę od Marszałka Województwa Małopolskiego za działalność artystyczną. Korekta będzie opłacona albo z moich własnych pieniędzy, albo z pieniędzy zebranych w crowdfundingu, w zależności od tego, jak duża będzie to kwota. Cały czas dbam o to, żeby o dziewczynach było głośno i żeby dzięki temu projektowi zyskały np. nowych klientów.

No i ostatnia rzecz. Bo skoro crowdfunding, to muszą być nagrody. Zebrałaś naprawdę imponującą listę nagród od różnych osób.

To jest niesamowite, jak wiele osób, których nawet nie prosiłam, zgłaszało się, mówiąc: Chcę ci pomóc! Myślę, że wynika to z tego, że wcześniej to ja byłam osobą, która chętnie pomaga, wspiera, dzieli się doświadczeniem. Najwyraźniej przyszedł ten moment, kiedy dobra energia do mnie wraca.

Zbiórkę nagród zaczęłam od osób zaangażowanych w projekt, np. Kasia Warańska zgodziła się udostępnić swoje oprawione i podpisane fotografie gór oraz przeprowadzić warsztaty fotograficzne. Swoje produkty zaoferowały m.in. Kasia Kruszenko, autorka biżuterii Dizajneko, Viola Grzelka, autorka bloga Mamucie Przysmaki i malarka, która namalowała obraz i zdecydowała, że chce przekazać go na akcję i wiele innych osób.

Co jest najtrudniejsze w crowdfundingu?

Promocja. To jest coś, co robi się nieustannie. Codziennie piszę mnóstwo maili, wykonuję masę telefonów, pilnuję harmonogramu, przypominam się różnym osobom. Codzienne proszenie o pomoc jest trudne. Jest w tym wszystkim dużo lęku i stresu. A jeśli przekaz w kampanii jest, tak jak w moim przypadku, szczery i autentyczny, to to oznacza dzielenie się sobą. To jest wyczerpujące.

Do tego dochodzi obciążenie czasowe. To, co robię, zajmuje więcej niż praca na etacie. Na szczęście mogłam pozwolić sobie na zajęcie się tylko tym, ale nie wyobrażam sobie robienie tak szeroko zakrojonej akcji po godzinach.

Kiedy rozmawiamy, do zakończenia kampanii zostało jeszcze 10 dni. Ty już zebrałaś ponad 10 tysięcy i wiemy, że książka na pewno się ukaże. Masz poczucie, że złamałaś kod do sukcesu kampanii crowdfundingowych?

Wiem już, co działa. Wydaje mi się, że kluczowa jest tutaj marka osobista, więc dla każdego ten kod będzie trochę inny.

Oczywiście, dobrze jest mieć zróżnicowane materiały promocyjne, np. w moim przypadku są to fragmenty powieści, piosenka promocyjna, zdjęcia gór. Ważne jest podejmowanie działań zarówno on-line, ale także w realu, kontaktując się bezpośrednio z ludźmi, dając im się poznać.

Są wymogi, które w crowdfundingu trzeba spełnić: mieć zaangażowaną społeczność, dobry plan promocji. Ale to, na czym konkretnie będzie polegała promocja, to już zależy od ciebie, od tego, jaki masz przekaz i jakim jesteś człowiekiem.

Rozmowa z Moniką i przygotowywanie tego wywiadu była dla mnie wielką przyjemnością. Jeśli chciałabyś czytać więcej podobnych rozmów na moim blogu, daj znać w komentarzu!